NOCNA WARTA
Teoś nie mógł zasnąć. W namiocie było gorąco, nawet trochę duszno, a z zewnątrz dochodziły różnorodne głosy obozowego życia.
Przed sąsiednim namiotem, przy ognisku, siedziała gromadka starszyzny harcerskiej, gawędząc o kłopotach, związanych z nowymi gośćmi. Było tych gości 500. Węgrzy, chłopy na schwał. A każdy w kapeluszu z pękiem białej trawy, która powiewała, jak pióra.
Przewraca się Teoś z boku na boki ale ani rusz zasnąć nie może.
Bo, po pierwsze, cały dzień chodził po Spale. i tyle się różności napatrzył, że aż w oczach ćmiło, li po drugie - nie spokojny był o wartę.
Miał wartować w najgorszym czasie, w środku nocy. Nie o zmierzchu, nie o świcie, ale w środku nocy. I chodziło o to, żeby taką ważną wartę w obozie drużyny należycie odbyć.
Nocna warta
Szturchnął śpiącego obok Cześka. -Śpisz?
- Już trochę drzemałem.
- A ja zllsnąć nie mogę.
-Noto co?
- To nic - obraził się Teoś. Zlazł z tapczanu i uchylił płótno namiotu, aby lepiej widzieć ognisko starszyzny. Drużynowy jego drużyny, wsparty o kij, stał nad ogniskiem, reszta siedziała. Ale już nie rozmawiali.
Teoś dał nura pod koc i przyłożył głowę do poduszki. Sosny szumiały i to go może ukołysało. Zamknął oczy. Ale zaledwie zaczął pogrążać się w sen, ledwo zdążyła mu się przywidzieć mama z koszykiem pełnym jabłek, kiedy ktoś go poruszył za ramię:
- Teoś, śpisz?
- Śpię
- To śpij, ja cię nie budzę
- szepcze Czesiek i dusi się ze śmiechu. Ach, co za dowcip! Dwie godziny
nad nim myślałeś?
Strona 9
A Czesiek obrócił się na drugi bok. I już chrapie. Poleżał Teoś, poleżał, spojrzał na zegarek świecący w półmroku. Do zmiany warty jeszcze pół godziny. Teraz, choć mu się spać chciało, musiał walczyć z sennością. Niedługo drużynowy przyjdzie go zbudzić. Niedobrze będzie, jeśli go zastanie rozespanego.
Jakoż punktualnie o północy cień zasłonił wejście do namiotu. Drużynowy podszedł do tapczanu Teosia i szepną.
- Już czas.
Zerwał się nasz chłopak, ubrał się szybko i sprawnie. Wyszedł przed namiot. Ciemno było. Wierzchołki wysokopiennych sosen ledwo można było odróżnić na tle chmurnego nieba. Ognisko dawno zgasło. Cisza leżała dokoła.
Teoś chodził po polance, przystawał, myślał o domu, o tem, że wkrótce zobaczy na otwarciu Zlotu Spalskiego samego Pana Prezydenta.
Nocna warta
Pomyślał też przez chwilę o Cześku, który był dobrym i wesołym, choć czasem trochę dokuczliwym kolegą. I o drużynowym. Tego nazywano w obozie "Nasz". Bardzo sprawiedliwy jest ten "Nasz".
Uważa Teoś i duma o różnych sprawach. A tu zaczyna mżyć drobny deszcz.
I głosy słychać. Harcerze idą. Łatwo to poznać po brzęku menażek, kubków i nożyków. Rozmawiają przyciszonym głosem.
- To tu gdzieś.
- Tak, to na lewo od drogi. Będziecie mieli miejsce obok tej, drużyny. .Czuwaj !
- Dziękujemy druhu, czuwaj!
Gromadka nowoprzybyłych weszła między sosny. Cicho, jak duchy, aby nikogo nie budzić, wzięli się do rozstawiania namiotów.
Strona 10
Szeptali:
-Gdzie kołki?
- Podajcie siekierkę.
- A sznur naprężyć dobrze!
Kiedy Teoś patrzył, jak się w ciemności krzątali, czas mu prędzej płynął. Warta nie wydawała się taka nużąca. Słyszał, że kończąc robotę zatroszczyli się o jakiegoś Barnabę, że niezdrowy.
- Śmieszne imię - pomyślał Teo. Wreszcie wszystko ucichło, tylko deszcz drobniutki szemrał po listkach krzaków i sosny szumiały ogromnemi koronami. Chłopcu zrobiło się jakoś niewyraźnie na duszy, wszyscy śpią, on sam, czuwa w ciemnym borze. Mrok między drzewami wydał mu się groźny.
- Teoś, trzymaj fason - szepnął sam do siebie.
Zauważył w ciemności jakieś postacie. Dwaj harcerze rozwijali na trawie drut. Byli to telefoniści.
- Aha - mruknął jeden z nich, zauważywszy Teosia
- warta...
- Dlaczego wy się po nocy tłuczecie? - zapytał Teoś.
- Linję telefoniczną musimy tędy przeprowadzić, nim się rozwidni.
Nocna warta
Niewiele się dowiedział z tego objaśnienia. Telefoniści gdzieś przepadli w mrokach nocy. Głucha cisza zaległa wkoło. Nawet deszcz przycichł. Na paproci obok nóg Teosia połyskiwały krople. A w górze - chmury i chmury. Chłopiec próbuje policzyć te, które między zrośniętemi sosnami tuż nad nim przechodzą:
- Jedna, dwie, trzy, cztery... Naraz ciszę leśną przerywa potworny głos, od którego serce zamiera w piersi Teosia.
- Huu... yyaa... yyaa... - ryczy coś w pobliżu.
A ten głos jest taki, jakby razem ktoś po szkle skrobał i staremi drzwiami skrzypiał. Chłopiec nie wie co robić. Ryk dochodzi spośród namiotów, które dopiero co rozbiła nowo przybyła drużyna. Więc pewno tam dostał się z głębi spalskich borów jakiś straszliwy zwierz. A oni śpią i nie słyszą!
Znowu zagrzmiało wśród sosen:
- liuu... yyaa... yyuu...
Teoś skoczył ku tamtym namiotom:
- Warta! Warta! zakrzyczał.
- Czego się druh wydziera - odezwał się wartownik, wychodząc z gąszczu.
- Bo tu coś ryczy... i myślałem, że niema warty... więc, no właśnie...
- A właśnie, właśnie - przedrzeźniał go tamten - cóżby to był za obóz bez warty. A te krzyki, to Barnaba. Coś mu się pewno przyśniło.
Teoś już nie pytał co to za Barnaba. Rankiem, skoro tylko wypadł z namiotu, ujrzał coś, co go zafrasowało nieco. Wśród tych "nowych" namiotów siedział pod drzewem wczorajszy sąsiad - wartownik i zajadał śniadanie. Naprzeciw niego stał mały, szary osiołek, nakryty kocem. Także jadł. A dwaj malcy, harcerzyki takie, jak Tomcio Paluszek, pytali z przejęciem:
- No, co, Barnaba, smakuje ci sianko? Henryk Zasławski