15 LAT TEMU
Była to pamiętna jesień roku 1920. Nasi rówieśnicy, harcerze poszli na prawdziwą wojnę, odbywali prawdziwe marsze i narażali życie w podchodach do nieprzyjacielskich okopów. To już nie była zabawa w walkę dwóch harcerskich obozów, ale trud ciężki i zmaganie ludzi dorosłych w obronie Ojczyzny. A i my, dziewczęta, robiłyśmy co mogły dla naszych żołnierzy, walczących na froncie. Maszyny do szycia terkotały bez ustanku.
Pod oknami nad stosem białego płótna pochylały się główki dziewcząt. Igły
połyskiwały w rękach, snując długą nitkę poprzez twardą, śliską tkaninę.
- Druhno Janko, - skarżył się płaczliwy głos,
- druhno Janko, nie umiem skroić koszuli!
- Druhno, proszę do mnie, coś się popsuło w pięcie.
Janka uspakajała dziewczęta, przesuwając ostrożnie pod igłą maszyny wykańczany kołnierz.
- Zaraz, zaraz, tylko poprawię robotę Krysi.
I za chwilę już pod błyszczącem ostrzem nożyc rozdarło się z suchym szelestem płótno, przybierając kształt pożądany.
Od sąsiedniego stołu dźwięcznie dzwoniły druty na rozpoczętych skarpetkach.
A tymczasem do sali weszła nowa gromada dziewczynek, dźwigaj ciężki kosz, pełen rumianych bochenków chleba i mnóstwo paczek. Na wolnym stole rozłożono zapasy pieczywa, wędlin i czekolady. Dziewczęta, szybko i zręcznie dzieliły produkty: chleb, krążek kiełbasy, blok czekolady. Jedna owijała paczkę w gruby papier, druga obwiązywała ją mocnym szpagatem, trzecia wypisywała adresy.
Janka spostrzegła nagle na uboczu jakąś paczkę.
- Co to jest, Zosiu? - ździwiła się,
- czy to zapasy do szpitala?
Zosia chwyciła się za głowę:
- Och nie! to musztarda. W ostatnim liście jeden z żołnierzy pisał, że im brak ostrych przypraw.
- Ale tu jest tylko jeden wielki słój musztardy, - powiedziała Janka,
- nie możemy go podzielić.
Zośka zdecydowała niefrasobliwie:
-No, to poślemy temu, który prosił.
Za chwilę na paczce, większej od innych, Zosia wypisała krzywemi literami: "Józef Grzechnik, starszy żołnierz 21 pułku piechoty".
Strona 15
Gotowe, druhno Janko! Długiemi szeregami leżały paczki, oczekując wysyłki na front, ale pracowity dzień jeszcze się nie kończył. Trzeba było jeszcze, zanieść prowianty do szpitala dla rannych.
Znów pojawiły się na stole bochenki chleba. Zazgrzytały noże w zetknięciu z chrupką, przypieczoną skórką. Szeleścił papier, odwijany z masła, szynki i sera. Po godzinie kosz, wysłany białą serwetą, był pełen równo pokrajanych kromek.
- Kto ma dziś dyżur? - spytała Janka.
Od stołów zerwało się kilka harcerek:
- My, druhno!
Janka odebrała od nich roboty. Wszystko było już wykończone.
Obliczyła gotowe sztuki bielizny cały plon tygodniowych trudów. Powoli narastał stos koszul, skarpetek, nauszników. Najmłodsze harcerki przyniosły wielki worek szarpi.
- A więc w drogę. Stefcia i Krysia uniosły ciężki kosz.
Pozostałe dziewczynki wołały za niemi:
- Pozdrówcie od nas Kazika!
- Zapytajcie Mroczkowskiego, czy chce nową książkę?
Wyskubane nitki z płótna, które służyły podczas wojny do opatrywania ran.
- Krysiu, nie zapomnij o "nowym", prosił o cukierki miętowe!
Zaledwie Stefcia i Krysia przestąpiły próg sali szpitalnej, głowy leżących żołnierzy zwróciły się w ich kierunku.
- Witajcie, druhenki! - wołał któryś ze zdrowszych, inni uśmiechali się serdecznie do dziewczynek.
Pod kierunkiem sanitarjuszek harcerki rozdawały rannym podwieczorek, niektórzy mogli już jeść wszystko, inni otrzymywali tylko pomarańczę lub cukierki.
- Druhno Stefciu! - wołał żałośnie młody chłopak z drugiego końca sali, - ja nie dostałem nic słodkiego.
Siwy sierżant Mroczkowski prosił:
Przynieście mi nową książkę do czytania. Ale żeby było o podróżach! Dziewczynki obiecywały, pocieszały. Przy łóżku Kazika, ochotnika-harcerza, oczekiwała je niespodzianka.
- Wiecie, doktór wyjął mi kulę! - oznajmił triumfalnie.
Kazik miał kulę pod żebrem i spoczątku wydawało się, że będzie musiał chodzić z nią przez całe życie, toteż dziewczynki ucieszyły się ogromnie.
Daj mi ją na pamiątkę! - poprosiła Krysia, ale Kazikowi szkoda było rozstawać się z kulą.
- Poczekaj, jak dostanę drugą, to ci dam. Tę muszę zawieźć matce.
- Och nie, Kaziku!' już wolę wcale nie dostać, nie chcę, abyś drugi raz był ranny, - krzyknęła z przestrachem Krysia, - a zresztą nim wyzdrowiejesz, wojna się skończy.
Strona 16
Sprawdziły się słowa Krysi. Wkrótce rozniosła się wiadomość o zawieszeniu. broni.
W przeddzień rozejmu przyszedł list z frontu od Józefa Grzechnika. Janka, głośno odczytała go drużynie:
- "Kochane druhenki! - pisał starszy żołnierz - dziękuję wam serdecznie w imieniu całego bataljonu za zapasy żywności. Bardzo nam się utaj przydają. Ale najlepiej to się nam udała musztarda. Przez cały tydzień ciągle ją jedliśmy i wszyscy żołnierze i oficerowie z całego pułku schodzili się do nas na ten poczęstunek. Ale potem przestali chodzić, bo się pochorowali. Podobno od tej musztardy, ja myślę jednakże, że to prędzej od kapuśniaku z kotła. Tylko już nam więcej nie przysyłajcie, bo chyba przez rok nie będziemy mogli na musztardę patrzeć, tak się nam przejadła".
Dziewczęta wybuchnęły śmiechem. Historja przesyłki długo bawiła całą drużynę, ale Zosia nie przejmowała się tem wcale:
- Ojoj! wielka rzecz, - mówiła w kilka tygodni później, - był u mnie ten Grzechnik, przejeżdżał przez Warszawę, wracał do swojej wsi, bo go już zwolnili, i mogę was zapewnić, że po tej musztardzie doskonale wygląda. Posłużyła mu! Wanda Grodzieńska