JAK SZÓSTKA ŁAMIGŁOWÓW ODKRYŁA SKARB
Ledwo gromada zuchów przyjechała do Lenny, ledwo każda szóstka urządziła się w swojej sypialni w budynku szkolnym - a już Stasiek, szóstkowy, zaczął tajemniczym głosem opowiadać swoim chłopcom:
- wiecie, chłopaki, w tym lesie na górze - to niewiadomo co jest.
- Uhu... - zgodzili się wszyscy.
- Ale my zbadamy las, no nie?
Jak Druh pytać będzie, jaką sprawność kto chce zdobywać, to trzeba, żeby cała nasza szóstka zgłosiła się na łamigłowów. Ja już o łamigłowach wszystko wiem, bo mi opowiadali ci chłopcy, co zeszłego roku byli na kolonji. Taki łamigłowa, to jest niby detektyw, własną głową musi wszystko wytropić, wywiedzieć się, wymyśleć. Więc jak zostaniemy lamigłowami - będziemy myszkować w lesie i może tam co wytropimy, jaką kryjówkę zbójecką, albo co innego.
Druh zgodził się, aby, szóstka Staśka bawiła się w Łamigłowów i nawet obiecał dopomóc w ułożeniu odpowiednich ćwiczeń i zabaw.
W reszcie któregoś piątku Druh powiedział szóstce Staśka, przywoławszy ją raniutko do swego pokoju,:
- Coś tu: ludzie opowiadają, że w głębi lasu, jest jakiś skarb ukryty. Może chcecie, łamigłowy, spróbować szukania?
Czy chcą szukać? Co za pytanie niedowcipne! Marzą przecież o tem od pierwszego dnia kolonji!
- Zaraz po śniadaniu możecie wyruszyć.
Dojdźcię do źródełka, a stamtąd maszerujcie w górę strumyka, prawym brzegiem. Uważajcie tylko na różne ślady i znaki. Zostawiajcie też po sobie strzałki, z gałązek lub kamieni, abyście umieli trafić spowrotem. Na obiad najdalej musicie wrócić.
Ruszyli. Stasiek ze swym przyjacielem Józkiem na przedzie - reszta za nimi. Przez plecy mieli przewieszone łuki, za pas zatknięte proce. Jak się idzie do lasu - trzeba być na wszystko przygotowanym, a broń nigdy nie zawadzi!
Póki szli przez znajomą część lasu nic się nie wydarzało. Ale ledwo minęli źródło, za którem zaczynał się nieznany brzeg nieznanego strumyka - odrazu zrobiło się jakoś dziwnie.
- Chłopaki - szepnął Józiek - tu nawet ptaki nie śpiewają!
- Ale zato poziomek i borówek pełniutko!
Jakże można wyminąć poziomki? Zatrzymali się więc i jedli. Zaciekawieni jednak przygodą po krótkim czasie ruszyli wzdłuż potoku.
- Józek, a to. co?
Chłopcy stanęli jak wryci i aż otworzyli usta, wpatrując się w ziemię. Na
ścieżce widniał wyraźny ślad stopy, bo grunt tu trochę rozmiękł. O, tam drugi, jeszcze wyraźniejszy, trzeci... Jest i dalej pełno śladów tych samych stóp. Chłopcy puścili się pędem, choć stromość zbocza wcale nie ułatwiała drogi. Tylko Franek, pełen rozwagi, znaczył w myśl wskazówek Druha drogę powrotną strzałkami. Schylił się właśnie po patyk, z którego miało być ostrze strzały. Wtem - co to? Na patyku tkwi mała karteczka. Franka coś tknęło: kto by tu w lesie zatykał na patyku kartki? Rozłożył, obejrzał z prawej, z lewej strony - nic nie widać.
- Aha, - pomyślał - a może to pisane "sympatycznym" atramentem? Oni takie listy raz
z Druhem na zbiórce pisali.
- Hej, chłopaki! - wrzasnął za mijającymi wgórze Zuchami - mam coś!
Wymachując kartką drapał się, nie patrząc na osypywanie się kamieni i ślizganie stóp po dość wilgotnej trawie.
Strona 18
Zdyszany. dopadł szóstki. i oddał kartkę Staśkowi.
- Ale to pewnie "sympatycznym" atramentem pisane, bo nic nie widać.
- Chłopaki, macie zapałki? Janek, rozpalaj mały ogieniek - zakomenderował szóstkowy.
Z zapartym oddechem, nachyleni głowa przy głowie patrzyli chłopcy w maleńką karteczkę, na której pod wpływem ognia zaczęły rysować się drobne literki,
"Na prawo od dróżki, przy wielkim dębie stań twarzą na południe, zrób 20
kroków w tym kierunku, natrafisz na stary pień drzewa, obejrzyj go, tam dalsze wskazówki".
- Zaczyna się! Więc naprawdę wpadli na trop jakiejś tajemnicy?
Stasiek ustawił wszystkich gęsiego i licząc powoli a dokładnie kroki posuwali się ku wielkiemu dębowi.
Tu Stasiek zatrzymał gromadę i tylko sam z Józkiem odliczył 20 kroków na południe. I rzeczywiście natknęli się obaj na stary pień. Obeszli go raz, drugi.
- Mam - stłumionym głosem krzyknął Józek. Coś mu stanęło w gardle z przejęcia i nie mógł wydobyć głosu. - Chodźcie tu wszyscy!
Taka sama kartka, jak poprzednia,
tylko na niej coś narysowane. Co to być może? Jakieś kółko, od tego kółka linijka, coś przy niej narysowane małemi strzałkami. Znów kółeczko, ale mniejsze, trzy wyraźne, duże, niestaranne kropy i krzyżyk.
Każdy tłumaczył, jak rozumiał, może to plan jakiś, a może jakiś tajemniczy alfabet? Wkońcu wszyscy się zgodzili na jedno, że ten krzyżyk to musi oznaczać coś najważniejszego, bo na nim kończy się tajemny list.
- Czekajcie, - odezwał się Franek, - mnie się zdaje, że już coś wiem. To kółko, to może też jakieś znaczne drzewo. Może to też dąb, bo już raz w liście było o dębie? Ale gdzie go tu szukać?
Wszyscy obejrzeli się wkoło. Między drzewami widniał słaby ślad wydeptanej dróżynki. Może tędy?
- Jest - szepnął pierwszy Józek - tam na prawo wielkie, stare dębisko.
Od dębu dróżka zbaczała między małe świerczki. Zgadzało się to że strzałkami w nocie. Znów mniejszy dąb
(mniejsze kółko w liście) i trzy rzędem rosnące brzózki. Ale gdzież ten krzyżyk?
Co to ma znaczyć? Tu leży tylko jakiś kamień. Antek kopnął go ze zniecierpliwienia, zawadził nogą i bęc!
"Stłukłem kolano o ten wstrętny kamień", myślał, podnosząc się zły okropnie. Spojrzał jeszcze raz z nienawiścią na kamień - i oniemiał: spod głazu wystawał kawałek lufy żelaznej.
- Chodźcie tu zaraz, odwalajcie kamień!
Chłopcy podparli głaz ramionami, krzyknęli: - ho...op! - i kamień osunął się po lekkiej pochyłości o kilka stóp. W zagłębieniu leżał w drewnianem, otwartem pudełeczku - rewolwer. Prawdziwy, nowy straszak,korkowiec.
Stasiek prędko poskoczył. Schwycił pierwszy, podniósł straszak wgórę, położył palec na cynglu i naraz jak nie huknie po lesie! Przestraszyli się chłopcy, odskoczyli na boki. Huk strzału korkowca był wspaniały! Chłopców opuściła powaga i tajemniczość uleciała ze strzałem.
Strona 19
Komu będzie się należała zdobycz? Antkowi? Ale on sam nie odwaliłby kamienia! Więc co? Komu? Staśkowi? Nie weźmie! Przecież to nie on znalazł. Tak by każdy chciał mieć tę cudną broń!
- Chłopaki, kto z nas najlepiej strzela?
- Pawełek!!!- krzyknęli wszyscy zgodnie.
- Ale go tu niema, bo chory, został w domu coś na anginę podobno zachorował.
- A może mu zanieść skarb? Nie mógł iść na wyprawę i pewnie długo jeszcze poleży w łóżku. A do tego w "banku" kolonijnym nie ma Pawełek ani grosika, bo rodzice jego też nie mają. Sam by sobie nigdy straszaka nie kupił !
Chłopcy spojrzeli po sobie i każdy już wiedział, że piękny straszak bez żalu oddadzą chóremu Pawełkowi.
- Zadał nam Druh trudu, bo zadał! - zauważył Stasiek.
- Ale za to było przyjemnie i Pawełek się ucieszy!
- Kiedy Druh schował ten straszak? - zastanawiał się Franek.
Pewnie wczoraj wieczorem - a może w nocy, kto wie?
Radośnie wracali do kolonji. J. i A Kamińscy